Portret kobiety popadającej w szaleństwo. To najlepsza rola w jej karierze!
Powiedzieć, że Lynne Ramsay jest twórczynią bezkompromisową, która nie zwykła brać jeńców, to nic nie powiedzieć. Pochodząca ze Szkocji reżyserka, jak mało kto we współczesnym kinie, lubi wytrącać swoich widzów z poczucia komfortu i zaserwować im terapię szokową. Raz podkręca gałkę z napięciem, potem na chwilę je studzi, by znowu z większą siłą uderzyć. Tak było w "Musimy porozmawiać o Kevinie", nie inaczej w "Nigdy cię tu nie było", tak również jest w pokazywanym w konkursie głównym canneńskiego festiwalu "Die, My Love". Chyba najgęstszym i...